Skoro kizomba i bachata są dla Polaków egzotycznymi stylami muzyki/tańca, to czy disco polo będzie tym samym dla przybysza z Afryki? Zadałem sobie to pytanie obserwując pewien polski fenomen.

Egzotyka. Słowo wykorzystywane chyba najczęściej w branży turystycznej. Kojarzy się ze słońcem, plażą, palmami i błękitnym oceanem (ups, tymi filtrami zawężyłem właśnie krąg krajów egzotycznych!). Kojarzy się z czymś innym, niedostępnym w miejscu, w którym się mieszka. Zaglądając do słownika tak to mniej więcej jest definiowane, plus jest to coś „uderzająco, podniecająco, tajemniczo odmiennego”.

Wiele osób hejtuje disco polo. Obciach, dno, nic nie trzeba umieć aby stworzyć utwory z tego gatunku. Przyznam, że też smuci mnie ogromne zainteresowanie tego typu muzyką, ale.. przynosi ona ogromne dochody. Jest na nią popyt, bo jest bajecznie prosta w odbiorze, imprezowa, bezpośrednia, uderzająca w instynkty. Hmm, właśnie opisałem charakterystykę, do której załapuje się nie tylko ten gatunek, ale też wiele innych, zagranicznych, egzotycznych…

Zaobserwowałem wśród Polaków, iż cenią egzotyczne rzeczy niekoniecznie dlatego, że są lepsze jakościowo, ale dlatego że są inne. Tutaj trudną do zdefiniowania „jakość” określiłbym jako siłę nienegatywnego oddziaływania przy jednoczesnym istnieniu intelektualnej wartości dodanej.
I przyznam, że wiele tych cudownych egzotyków takiej wartości dla mnie nie wnosi. Liryka na poziomie przeromantyzowanego świata, jak z brazyliskiej telenoweli. Powtarzające się schematy rytmiczne, które po parunastu minutach słuchania zaczynają zwyczajnie nudzić. I jako że bardzo interesuje mnie psychologia muzyki, to fascynuje mnie jak ludzi ciągle może to bawić (ludzi, którzy jednocześnie hejtują disco polo). Pewnie to ta tajemnicza egzotyka.

Prosty, przewidywalny egzotyczny utwór tańczymy, ale disco polo to wiocha, fuj! Disco polo jest nasze, polskie. Jak krakowiak, oberek, mazur, polonez czy kujawiak. Ich też nie tańczymy, bo sumie po co. Takie stare, mało sexy, muzy ani imprez pod nie nie robią i nie można się namiętnie poprzytulać z nie swoją dziewczyną, zupełnie legalnie, mówiąc że to przecież tylko taniec (jak ma to miejsce w przypadku kizomby czy bachaty). Tak, przepraszam, bezczelnie generalizuję pewne zachowania. Znam osoby rewelacyjne tanecznie, potrafiące utrzymać dystans, ale w przypadku niektórych to taniec nie jest chyba aż tak istotny…

Znajomy opowiadał mi jak to grał koncert/potańcówkę dla elit. Elit, które stać było na wynajem pałacu oraz zespołu grającego niebanalną muzykę na żywo. Po paru godzinach imprezy nie wiadomo już było kto z kim przyszedł, a pierwotnie ambitne wymagania zeszły do poziomu „Przez Twe Oczy Zielone”. No i w porządku, przecież atmosfera ma sprzyjać zabawie, a nie koncetracji jak na wykładzie z fizyki kwantowej. Po co tylko ta iluzja? Po co udawanie, że jest się lepszym, bo słucha się czegoś ambitnego? Egzotycznego!

Nie mam z tym problemu, że komuś podoba się to czy coś innego. Każdy człowiek ma prawo do robienia tego co mu sprawia przyjemność. Irytuje mnie po prostu podejście polegające na atakowaniu, wyśmiewaniu pewnych koncepcji, a z drugiej strony trwaniu w iluzji. Jak wiadomo iluzja ma związek z nieświadomością. Świadomość natomiast bywa bolesna, dlatego pewnie nie zawsze śpieszno nam do jej osiągnięcia.

Z tego co wiem to disco polo robi karierę w Chinach. Może dla Azjatów jest mocno egzotyczne, ale czy wartoby nim reklamować tam Polskę, w momencie gdy słynie ona także z Chopina, będącego autorytetem dla wielu chińskich pianistów?

Po co się w ogóle nad tym zastanawiać? Ja się zastanawiam, bo cieszyłbym się gdyby to co nasze także stało się egzotyczne, w relacji jakościowej do innego naszego. A jeśli byłoby egzotyczne dla innych narodów to abyśmy nie musieli się wstydzić, że jakością nie odbiega od tych wspaniałych, „ciepłych krajów” 😉

Chciałbym się z Wami podzielić moimi doświadczeniami z kilku ostatnich lat, mówiącymi o tym, dlaczego tworzenie oraz organizacja wydarzeń kulturalnych, w moim konkretnym przypadku koncertów muzycznych czy muzyczno-tanecznych, nie spinających się finansowo, to praca znacznie bardziej trudna niż się wielu osobom wydaje. Działalność charytatywna, misyjna, ideologiczna – w kontekście nieopłacalności to chyba synonimy. Dla kogo to piszę? Po pierwsze dla ludzi, którzy też podobne rzeczy tworzą i chętni dowiedzieliby się, że z pewnymi problemami nie są sami, że możemy sobie nawzajem pomóc i że na pewne sytuacje po prostu nie mamy wpływu, więc nie warto sobie psuć nimi zdrowia. Po drugie dla osób, które nie zarządzają organizacją tego typu wydarzeń, przez co nie są świadomi jak często utrudniają życie ludziom inicjatywy (zarówno artyści, ekipa techniczna, czy publiczność).

Delegacja próśb

Zajmuję się zarządzaniem także w branży IT. W biznesie, nastawionym głównie na zysk materialny, model pracy jest inny. Każdy ma podpisaną umowę, o pracę, dzieło, zlecenie lub b2b. Papierowe umowy są na trudne czasy, ale jednak coś tam regulują. Motywacją zazwyczaj są pieniądze, czyli bardziej prymitywnie mówiąc przetrwanie, więc każdy pracownik wie, że musi pracować (albo dobrze udawać) żeby zarabiać, dlatego w pracy regularnie się pokazuje i stara się zaprezentować efekt swoich działań. Szef ma prawo zlecić zadanie i oczekiwać konkretnego wyniku.

W przypadku projektów opartych na dzieleniu wspólnej pasji sytuacja mocno się zmienia. Większość umów jest słowna, aby uniknąć nadmiarowej biurokracji. Ludzie pracują poświecając swój czas wolny, zmęczeni po godzinach. Opierają się na niematerialnej motywacji, która dla każdej osoby jest nieco inna. Nie muszą. Chcą. Są jednak ograniczeni czasem, energią oraz obowiązkami o wyższym priorytecie, więc często chęci to zdecydowanie za mało, bo życie nie pozwala na realizację planów. W takim przypadku zlecenie zadania posiada znacznie większe ryzyko jego niewykonania, nie wspominając już o tym, że o coś ponad umówione na starcie obowiązki można tylko prosić, nie wolno wymagać. Aczkolwiek… poznałem w życiu osoby, które uważały, że im wolno. Wolno zabierać wieloosobowej orkiestrze cały niedzielę. Wolno wymagać od nich rozwoju i dyscypliny. I przy tym płacić tak śmieszne pieniądze, że na paliwo nie starcza. Ludzie nie musieli, ale przychodzili. Potrzebowali po prostu przynależności do grupy i realizacji własnego hobby, nawet kosztem poświęcania się… dla niewiadomoczego. Po takich doświadczeniach postanowiłem, że postaram się bardziej szanować ludzi, którzy ze mną współpracują. Nie spodziewałem się, że to „lepsze” podejście skomplikuje sprawy aż tak bardzo.

Są prośby, które w teorii wydają się proste. Prosisz kogoś o wrzucenie jednozdaniowego wpisu na fanpejdżu. Prosisz, żeby oddzwonił, odpisał. Prosisz, żeby potwierdził termin. Mówi, że nie ma sprawy i że jutro. No i nie odpisuje jutro. Nie odpisuje pojutrze. W ogóle nie odpisuje, więc przypominasz. Niestety tego typu problemy nie są wyjątkami. Jako szef projektu trzeba się przygotować na to, aby jedną łatwą sprawę załatwiać wielokrotnymi przypomnieniami – trzeba „cisnąć”. Teraz przemnóżmy to sobie razy kilkadziesiąt czy kilkaset. Nieźle, tworzy się nowy etat. Karma dla polityki w korpo. Fajnie, jeśli pracujesz dla firmy, która Ci za to płaci. Fajnie, jeśli możesz tego wymagać. Tutaj nie możesz.

Są prośby znacznie bardziej pracochłonne, zupełnie nieobowiązkowe. W takich przypadkach staram się delegować je osobom, które danym tematem się pasjonują i/lub są w stanie poświęcić się dla pewnej idei, ponieważ jest to zbieżne z kierunkiem ich działań i rozwoju. Proaktywności nie można wymagać. Ją trzeba stymulować, aby zaangażowani członkowie projektu widzieli sens w tym, że dają z siebie więcej. Wtedy można ich poprosić o więcej. I najważniejsza z rzeczy – podziękować za wszystko (o tym niestety nie wszyscy pamiętają..).

Wiele osób, jedno miejsce i czas

Uważam, że to jedna z najtrudniejszych rzeczy w dzisiejszych czasach. Budowanie nowej relacji współpracy rozpoczyna się zazwyczaj słowami „jestem w stanie się zaangażować, ale wiesz, jestem osobą zapracowaną”. Wiem, dlatego Cię wybrałem. Ludzie aktywni mają mnóstwo zajęć i różne priorytety. A z takimi uwielbiam pracować. Jeśli ktoś niewiele robi, to mała szansa, że zrobi coś więcej. Jeśli ktoś robi dużo, to z pewnością nauczył się jakkolwiek organizować swój czas i będzie w stanie wcisnąć coś ekstra lub zmienić priorytet. Niezależnie jednak od kompetencji organizacyjnych często zdarzają się życiowe sytuacje, przez które nie można zebrać całej ekipy. Zrobić próbę z wszystkimi muzykami oraz wszystkimi tancerzami? Zapomnij. Taką fantazję miałem nie raz, ale rzeczywistość nie pozwoliła. Z nią nie potrafię za bardzo negocjować. Ba, nawet trudno zebrać kilka osób raz w tygodniu. Z koncertami jest jeszcze trudniej. A co jeśli ktoś zachoruje? Co jeśli na ostatnią chwilę zdarzy się jakiś wypadek? Takie tam, jak ja to nazywam – standardowe menedżerskie stresy.

Wymagania a rzeczywistość

W tym całym zamieszaniu pojawiają się przekonani genialnością swojego pomysłu/feedbacku doradcy:

  • „eh, taka impreza to powinna być w piątek”
  • „kurcze fajnie, ale za daleko od centrum”
  • „no to nagłośnienie to mogłoby być trochę lepsze”
  • „przydałyby się bardziej pro brzmienia”
  • „ten wokal mógłby być nieco inny”
  • „trochę mały ten parkiet”

Mógłbym wymieniać jeszcze dalej te wszystkie docierające do mnie zdania. Staram się zawsze spokojnie dziękować za feedback, ale już nie raz miałem ochotę mniej miło odpowiedzieć: „No i po co mi to mówisz? Naprawdę wierzysz w to, że za tak skomplikowanym logistycznie projektem stoi osoba, która tego nie wie?” Poczuwam się więc w obowiązku uświadomienia, że tak, dbam o wszystko co się da. I tak, często podejmuję świadome decyzje, polegające na tym, że część koncertu straci artystycznie, bo będzie w dzień, a nie w nocy i światełka nie zrobią klimatu. Nie możemy zrobić imprezy w piątek, bo klub to biznes i musi zarabiać. Zarabia na sprzedaży alkoholu przy taniej, DJ-skiej muzyce. Nie na kulturze, bo tak jest skonstruowany świat. Dlatego wolę zrobić w jakikolwiek inny dzień, niż w ogóle. Odpowiedzi na pozostałe porady zasłużyłyby na osobny post, więc je tu pominę.

Nie jest idealnie, nigdy. A zresztą.. często wypowiadamy to magiczne zdanie „nie ma ideałów”. Uważam jednak, że ludzie nie wiedzą nawet co jest ich ideałem. Nie wspominając już o tym, że ten ideał może się za chwilę zmienić. No ale standard jest okrutny i o tym już kiedyś pisałem. Tutaj koncert to konkretny przypadek. Co to kogo obchodzi, czy mieliśmy czas na przygotowania, czy robimy to po godzinach, czy staramy się wkładać wystarczająco dużo serca i pracy. Gość przychodzi, chce się fajnie bawić i to moja odpowiedzialność, żeby mu tego dostarczyć. Zwłaszcza gdy w opisie eventu gwarantuje się świetną zabawę. Przecież w dużym mieście jest konkurencja, przyjeżdząją gwiazdy i lepiej posłuchać kogoś kto jest bardziej znany, kim można się pochwalić wśród znajomych.

Wielu ludzi ma sztuczne wymagania po to, aby ktoś zwrócił na nich uwagę. Podejmowanie inicjatyw nauczyło mnie, jak ważne jest bycie nieproblemowym dla innych osób. Gdy ma się wiele spraw na głowie to każda kolejna, nawet ta najmniejsza, staje się uperdliwa i energiożerna.

Muzyka taneczna na żywo a potrzeby

Zastanawiam się nad tym czy muzyka na żywo do tańca to coś znacznie lepszego niż ta z głośnika. Polaków trzeba spić, żeby zaczęli się dobrze bawić. No bo przecież publiczne wygłupy na trzeźwo to niedopuszczalna siara. Stawiam (sobie) psychologiczną hipotezę, że nietrzeźwym umysłom lubiącym imprezy, do dobrej zabawy wystarczy prosta, popularna, taneczna piosenka lub dobry groove z sexi wokalem (przez groove rozumiem atrakcyjny rytm perkusji i basu). Niestety, hipotezę mógłbym nieco rozszerzyć także na umysły trzeźwe, ale to już bardziej skomplikowane badanie, więc odkładam je na później. Chciałbym jednak zaznaczyć, że nie mówię tutaj o koncertach na żywo, ale muzyce użytkowej, stricte do tańca (na koncerty na szczęście część osób jeszcze chodzi nie tylko po to, żeby pochwalić się znajomym, czy zobaczyć na żywo swojego idola).
I jest powód, dla którego się nad tym mocno zastanawiam. Zagrać coś dobrze na żywo to dość skomplikowana i bardzo droga operacja. Kilka osób musi w tym samym czasie zsynchronizować się z pozostałymi, każdy wykonując swoją rolę. Do tego dochodzą ogromne koszty sprzętu (tak, dobry instrument jest droższy niż MacBook Pro) oraz umiejętność bycia elastycznym na scenach, które różnią się warunkami (akustyka, światła, dym, powierzchnia). Im więcej kawałków do zagrania tym więcej czasu na przygotowanie, większe zmęczenie na koncercie. No a przecież jest Winamp, który to wszystko ogarnie kilkadziesiąt razy taniej, bez wysiłku, z większym repertuarem.

Niekolorowa muzyczna kuchnia

Robię imprezę, na której umożliwiam zespołom prezentację na dużej scenie, dla dużej publiczności, dokładam do interesu. Przychodzi ekipa na gotowe i zadaje pierwsze egzystencjalne pytanie: „Jest piwo dla muzyków?”. Było, nawet z przekąskami, aby gwiazdy mogły się zrelaksować pomiędzy rozdawaniem autografów. Potem schlani robią wiochę na scenie i do tego żadnego „dziękuję”. Moja inicjatywna, moja odpowiedzialność, mój problem. Dlatego wyciągam wnioski i stwierdzam, że po co nam psuć sobie zdrowie innymi, skoro życie uczy mnie ostro, że koncepcja altruizmu jest iluzją. Trochę oczywiście przesadzam i generalizuję, no ale wierzcie mi, że niełatwo skupić się na wielu innych fajnych osobach, których spełnione marzenia dają satysfakcję i motywację do dalszych działań, w momencie gdy jedna ekipa psuje wizerunek całego wydarzenia i to akurat oni zostają zapamiętani..

Nie raz już wpadłem na „profesjonalistów”, uważających się za niewiadomokogo, dlatego że pracują przy dużych koncertach z gwiazdami. Robią wtedy z ciebie pionka, który jest złem koniecznym w ich codziennej, fantazyjnej karierze – „No znajomy mnie poprosił, to jestem tu z wami, a miałem ciekawsze eventy do zrobienia”. Zadziwiające jest tylko to, że wśród tych pro wymiataczy nie wszyscy są pro za jakich się uważają, no ale może dlatego mają takie podejście do tematu? Wiem, że daleko mi do top poziomu, ale nauczyłem się w życiu szanować ludzi niezależnie od ich kompetencji i pomagać tym, którzy podejmują inicjatywę. Uważam, że takie podejście jest zdrowsze niż sztuczne pompowanie swojego ego i jawne zaniżenie wartości tych mniej popularnych osób.

W tych wszystkich inicjatywach warto pamiętać o jednej rzeczy, którą nazwałem sobie „empatią wiele do jednego”. Jesteś jednym z wielu w relacji do jednego. Wiele przewijających się przez jeden klub zespołów. Wiele konkurencyjnych imprez w ciągu jednego wieczoru. Tych wielu zazwyczaj nie rozumie, że nie są aż tak wyjątkowi dla tego jednego. Nie zawsze rozumieją, że można ich wymienić, że niedługo przyjdą następni, niezależnie od tego jakimi gwiazdorami tamci nie byli. Świadomość ta pozwala mi wyluzować i nie przywiązywać się zbytnio do osiągnięcia cudownej niepowtarzalności eventu.

Po co?

Skoro to tak skomplikowane wszystko, to po co to robić? Zwłaszcza gdy dokłada się finansowo do interesu? To pytanie zadaję sobie najczęściej, żeby nie marnować życia na trwanie w iluzji.

Lubię doświadczać, a nie tylko czytać internety i myśleć, że „wiem jak to jest”. Uważam, że wiele rzeczy warto sprawdzić na własnej skórze. A ja lubię stawiać sobie cele, które są trudne, bo tylko takie rozwijają ambitnych ludzi. W ten sposób zdobywa się bezcenne umiejętności. Kiedy wchodzę (w mniejszym lub większym stopniu) w rolę kierownika projektu, scenarzysty, reżysera, aranżera, dyrygenta, muzyka, tekściarza, menedżera, sprzedawcy, marketingowca to zaczynam ogarniać systemy. Zaczynam rozumieć świat dookoła, którego nigdy nie poznałbym będąc przywiązanym do jednej, wąskiej specjalizacji. To podejście pozwala mi zrozumieć ludzi i budować z nimi relacje oparte na wzięciu odpowiedzialności, co w dłuższym terminie zaowocuje nowymi przedsięwzięciami. Łatwo dziś wyklikać znajomość na fejsbuku. O wiele trudniej zbudować ją w realu, bazując na wspólnych, często niełatwych doświadczeniach.

Gdzieś tam nadal wierzę, że są pewne idee, które warto tworzyć, wspierać. Chociażby dlatego, żeby w ramach eksperymentu przekonać się czy mają sens (a nie tylko o nich gadać). Ma się potem z tego satysfakcję. Nauczyłem się, że jeśli potrzebuję czegoś nietypowego, czego obecny świat nie oferuje, to nie mam prawa od niego tego wymagać. Mam za to możliwość wzięcia się do roboty i zainspirowania innych do podobnych działań. Może to moje uświadamianie co niektórym niezdecydowanym w tym pomoże. Pewnie nie zmotywuje, bo bycie liderem jest trudne i zazwyczaj trzeba wiele rzeczy poświęcić, ale pozwoli przygotować się do starcia z problemami, o których istnieniu wiedzą jedynie ci, którzy innych prowadzą 😉

Ja jestem tym, który sprowadza na ziemię. Jakoś biblijnie mi to zabrzmiało. Jednak wypowiadając ostatnio takie zdanie do jednego z moich zespołów, uświadomiłem sobie kolejną rzecz. Bycie szefem nie jest mile widziane z definicji. Przynajmniej krótkoterminowo. W dłuższej perspektywie niektóre osoby zaczną doceniać to co robisz, nawet jeśli wcześniej obrażały się, że powiedziałeś im prawdę.

Zauważyłem jak często ludzie podejmują decyzje emocjonalnie, pod wpływem chwilowego impulsu. Zróbmy to, zróbmy tamto. Pomysł za pomysłem, w oderwaniu od rzeczywistości. No i jest się tym złym, który uświadamia, że nie teraz, że nie ma z kim, że nie te możliwości. Używając poprawnej politycznie quasi dyplomacji, że pewnie zrobimy to w przyszłości. Zbieraj pomysły od wszystkich, mówi japońska filozofia Kaizen. Zbierać łatwo, o wiele trudniej wybrać. Wybrać tak, aby nie zabić entuzjazmu odrzuconych.

Takie dwie osoby – jedna mająca pomysły nie z tej Ziemi, a druga twardo po niej stąpająca, to w sumie dobrze dopełniające się role. Trochę trudniej jest w momencie, gdy w te dwie role wczuwa się jednocześnie jeden człowiek. Nie ma wtedy wyjścia jak ochłonąć i przespać się z szalonymi koncepcjami. Na drugi dzień zawsze łatwiej jest o to chłodne spojrzenie na nieziemską kreatywność, co pozwala utrzymać balans.

Czasami człowiek godzinę myśli nad tym jak napisać maila zawierającego 3 zdania. Dlaczego? Głównie dlatego, że te 3 zdania kreują przyszłość. Twoi ludzie poświęcają czas i energię. Twoja organizacja pieniądze. Tej pracy nikt nie widzi. Ludzie widzą tylko decyzje, zwłaszcza te nietrafione. Nietrafione często dlatego, iż dopiero życie mogło je zweryfikować. Nikt nie widzi myśli. Wykonawcze są jedynie słowa i gesty. Tych z kolei wystarczy zaledwie kilka, aby zmienić bardzo wiele.

Tacy wszyscy empatyczni, a często zadają pytania w stylu: Czym Ty się denerwujesz? To naprawdę tyle pracy? Teraz już mnie to nie dziwi i nie mam nikomu tego za złe. Dopiero zostając szefem, menedżerem, tym kto odpowiada za innych ludzi, produkt lub duże projekty można to pojąć. Jak ktoś ma wszystko w czterech literach i poziomem arogancji przewyższa Mount Everest to bez większego stresu zajdzie wysoko, w polityce i korporacjach traktujących ludzi jak roboty. Łatwo być wyluzowanym. Natomiast bycie wyluzowanym i jednocześnie odpowiedzialnym to już trochę inna bajka. Opowiedzialnym nie tylko za to, co się zrobiło, ale także za to czego się nie zrobiło. Nieprzypadkowo, wypełniając formularz badań okresowych do placówki medycznej, w rubryce „zagrożenia zawodowe” widnieje podpunkt „stanowisko decyzyjne”. Kierują Cię wtedy na badanie serca. Niestety EKG nie wykazuje tego czy było ono złamane, bo ktoś Cię znowu zawiódł.

Niewdzięczna robota, nawet bardzo. Tylko skoro tak, to po co to robić?

Po prostu, ktoś czuję powołanie albo zwyczajnie go to kręci. Czuje, że czasami warto uporządkować ten chaos. Zamiast marudzić, woli wziąć się do roboty, dawać przykład i inspirować. Prawdziwi liderzy są na tym świecie potrzebni. Liderzy, którzy potrafią wyjść poza schemat i spójnie ze swoją wizją przeprowadzać innych poprzez opór innowacyjności. Oby takim przywódcom nigdy nie zabrakło energii oraz wiary w siebie. Zwłaszcza w momentach, w których nikt nie będzie wierzył w nich.

Takiej wiary życzę wszystkim tym, którzy rozumieją cokolwiek z tego, co tutaj napisałem 😉

Kiedyś w ramach kursu szybkiego czytania napisałem sobie banalnie proste, ale jednak przydatne w rozwoju umysłu skrypty. Udostępniam, bo może ktoś skorzysta 😉

Alfabet
To bardzo popularne ćwiczenie na synchronizację półkul mózgowych. Poza rozwojem technik szybkiego czytania przydatne np. w grze na instrumentach, izolacjach tanecznych, gestykulacji w wystąpieniach publicznych czy żonglowaniu (oraz pewnie w wielu innych dziedzinach).
Generalnie polecam to ćwiczenie każdemu, kto pokazuje się przed ludźmi i chce wypracować w sobie spokój, balans oraz większą pewność siebie.

Idąc od lewej:
– wymawiamy nazwę literki z alfabetu (górny wiersz)
– w zależności od literki znajdującej się pod spodem podnosimy lewą ręką (L), prawą (P) lub obydwie (O).

Ważne jest, żeby robić to sprawnie, w takim samym czasie per literka.
Po odświeżeniu strony (F5) lub kliknięciu „Generuj” losowana jest nowa konfiguracja LOP.

Kości
Ćwiczenie na poszerzanie pola widzenia, szybkie dodawanie oraz zapamiętywanie.
Wybieramy liczbę kostek i czas ekspozycji, po czym klikamy „Generuj”. Liczymy sumę wszystkich oczek, jakie pojawią się na ekranie. Najlepiej robić to w jak najkrótszym czasie 😉
Aby zweryfikować nasze obliczenia klikamy „pokaż sumę oczek i kostki”.
To polecam również każdemu, kto spędza w biurze długie godziny i lubi (lub musi..) dużo czytać czy też w szybkim czasie wyszukiwać konkretnych rzeczy na niemałym monitorze.

Miłej zabawy 😉

Rozwój technologii sprawia, iż coraz łatwiej tworzy się nowe rzeczy, zwłaszcza te związane z komputerem. Z jednej strony super. Z drugiej fatalnie. Dlaczego? Bo nie tylko Ty masz do tej technologii dostęp.
Dla przykładu: wchodzisz na YouTube i oglądasz teledysk. Załóżmy, że nie został stworzony przez Twoich znajomych. Czy wtedy zastanawiasz się nad tym, czy ta osoba miała fundusze na dobrej jakości nagranie, czy poświęcała swój prywatny czas i czy wkładała w to serce? Pewnie nie, bo tak działa człowiek. Pierwsze wrażenie, jeśli mamy wybór, selekcjonujemy. Albo się podoba albo wypad. Ale zaraz, z czym to porównujemy? Pewnie z innymi możliwościami, które są w zasięgu ręki. A lubimy dobrą jakość, więc porównujemy ze standardem jaki panuje obecnie.

Ludzie tworzący standard to zazwyczaj profesjonaliści, mający swoją ekipę, sprzęt, fundusze, czas i wszystko co potrzeba żeby działać na najwyższym poziomie. Odbiorcy wybierają zatem standard zawodowców. To smutna wiadomość dla amatorskich twórców (nie wspominając o pochodzeniu z kraju, w którym trudniej walczyć o fundusze). Albo poświęcasz się cały, żeby dorównać standardowi, albo sprzedając kładziesz nacisk na treść zamiast formy, żeby ktokolwiek Cię zauważył (o ile treść nie ma swojego standardu…). Prędzej czy później standard się podniesie i trzeba będzie mu dorównać, więc znowu musisz się poświęcić. Rozwiązania krótkoterminowe działają tylko dla małych rzeczy, dla tych większych podejmuje się niestety te trudne decyzje – z czego tu zrezygnować, żeby stworzyć coś porządnego?

Na to wszystko ogromny wpływ ma oczywiście to, że technologia pozwala nam porównywać. Przed powstaniem Internetu, czy idąc dalej – mediów, człowiek nie miał przecież pojęcia, że na drugim końcu świata ktoś nagrał piosenkę lepiej, napisał ciekawszą pracę naukową czy też pobił rekord w biegu na setkę. Łatwiej było się wszystkim cieszyć. Czy było to życie w iluzji? Nie, raczej w nieświadomości, która była wtedy bardzo korzystna. W takiej nieświadomości nie da się żyć teraz, bo o ile sam możesz być nieświadomy, to Twój odbiorca woli wybrać i niedługo boleśnie Cię uświadomi.

Co więcej, nawet jeśli stworzysz coś świetnego to trudno wybić się w tym gąszczu możliwości. Często wygrywa po prostu produkt lepiej promowany, niż ten o lepszej jakości. A jak już się wybijesz to i tak niełatwo utrzymać się na szczycie, bo wtedy sam stworzyłeś standard, który musisz spełnić kolejnym razem.

Jaki z tego wniosek? Cholernie trudno tworzyć wielkie rzeczy po godzinach. W takim wypadku trzeba stosować zasadę czerpania radości z samego procesu, bo inaczej frustracja zje nas na śniadanie. Nie jest to łatwe dla ludzi ambitnych, do których skierowany jest ten wpis. Toku rozumowania pozostałych osób niestety nie ogarniam, ale właśnie dlatego czasami im zazdroszczę 😉

Wiele konfliktów między ludźmi wynika z braku dobrej komunikacji. Zauważyłem jednak, iż często nie chodzi wcale o to, że ktoś nie potrafi przekazać tego co ma na myśli.
Każdy z nas obraca się w wielu światach, które posiadają swój własny system wartości. System ten definiuje, co dla danego świata jest najważniejsze, jakie są w nim priorytety.

Przykładowo:

Biznes. Tu liczą się cyferki, wynik finansowy. Bez przychodu firma nie istnieje, więc cała reszta jest drugorzędna.

Sztuka. Tutaj króluje wrażliwość i ekspresja. Mogę coś przekazać, widzę i czuję rzeczy na innym poziomie. Mogę się z nimi podzielić i inspirować. Ah…

Sport. Bezczelnie precyzyjny wynik. Jaki czas na setkę, jaki rezultat meczu, ile kg w sztandze, jak wysoki sok.

Nauka. Ogromna wiedza. Stanowi ona najwyższą wartość, bo z definicji jest celem świata nauki.

Z moich doświadczeń wynika, iż nie każdy człowiek potrafi „wejść” do innego świata i zrozumieć panujący w nim system wartości. Najczęściej tarcia pojawiają się na linii biznes i reszta. Można pięknie śpiewać, szybko biegać, wynaleźć coś genialnego, ale jak na tym zarobić? (spytają się przedsiębiorcy)

Empatia. Uważam, że ta najprawdziwsza istnieje tylko wtedy gdy doświadczymy tego co druga strona. Takie doświadczenie jest jednak bezcenne, gdyż pozwala obracać się w wielu światach i rozwiązywać z pozoru nierozwiązywalne problemy.

Kiedyś przeczytałem, że „przechodząc na drugą stronę” o wiele łatwiej jest wynegocjować korzystne warunki. Potem zacząłem tego doświadczać. Doprowadziło mnie to do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest nie bać się tego, że jest się tylko człowiekiem, czasem po prostu mającym inne cele. Wydawałoby się to banalne, ale jednak nie każdy z tego korzysta.

Brak takiej świadomości sprawia, że często osądzamy innych nie wiedząc o nich prawie nic. Nie możemy się dogadać, bo myślimy tylko o tym, co ważne dla nas. Żyjemy w iluzji, że to nasz świat jest najważniejszy i nothing else matters.

A czasami wystarczy porozmawiać z kimś na zupełnie innym (głębszym) poziomie niż gadka o pogodzie i jakości dróg w Polsce. Takie podejście nieraz pozytywnie zaskakuje – polecam 🙂

Unikam mainstreamowych mediów jak ognia. Czasami jednak zdarza mi się przeczytać jakiś sensacyjny artykuł, bo wierzę że może wreszcie znajdę tam choć skrawek mądrości.
Nie zgadzając się z nim, mam ochotę rozpocząć jakąś polemikę albo co najmniej dyskusję, która wzniesie co niektórych na wyżyny świadomości.
Efekty mojej ciężkiej pracy nad sobą, m. in. nad kontrolą emocji, pomagają mi jednak powiedzieć: „daj sobie spokój człowieku”.

Znam wiele osób, które bardzo chętnie przekazują dalej link, komentują, wyrażają swoje niezadowolenie, ulegają demagogii. I to wszystko jest dość naturalne, bo tak chyba przecież działa człowiek.
Ja tylko w takiej sytuacji zadaje sobie pytanie: „co będzie miało większy, pozytywny wpływ na życie moje i innych: dyskutowanie czy praca nad tym, w co wierzę”.
No zastanówmy się: dyskusja skończy się na dyskusji. Parę osób dowie się czegoś więcej. Można iść na piwo i przegadać całą noc analizując Wielkie Problemy Świata.
Czasami zdarzy się oczywiście „efekt Wykopu”, ale tam nie trzeba dyskutować, wystarczy klikać :D.
Praca nad tym, w co wierzymy jest bardziej owocna. Głównie dlatego, że jeśli coś tworzymy jest to prawdziwe, realne doświadczenie, które inspiruje innych. Słowo nie zmieni świata, dopóki nie zamieni się w czyn.

Jest wiele rzeczy, które mi się nie podobają, ale mam wybór:

  • żalić się wszystkim naokoło, że jest tak źle (niestety nadal mi się to zdarza, ale pracuję nad tym :))
  • pomyśleć nad tym, co ja mogę zrobić żeby było lepiej

Przykłady takich sytuacji.

Strona banku ma słaby layout, strona sieci komórkowej nie obsługuje płatności online.
Na początku myślałem sobie: WTF!? Takie wielkie firmy, a nie dbają o elementy istotne dla klientów? Potem jednak przeszedłem na drugi tor i zacząłem się zastanawiać: jak wygrać przetarg na kontrakt rozwiązujący te problemy. Doszło nawet do tego, że ćwiczyłem na żywo negocjacje tego kontraktu. Na razie nie mam w planach tego wdrażać, ale dzięki temu podejściu zdobyłem nowe umiejętności.

Artykuł o tym, że mainstreamowe piosenki mają słabe słowa. Oczywiście że tak. Przecież inaczej się nie sprzedają, a z samej muzyki wcale nie łatwo wyżyć.
Kusiło mnie, żeby rozpocząć dyskusję nt. balansu pomiędzy jakością sztuki i jej sprzedażą, ale pomyślałem „po co mi to?”.
Wolę tworzyć i później bazując na własnych doświadczeniach analizować rzeczywistość, niż poświęcać energię na kolejną, długą wymianę argumentów.
Mam swój wielki plan życia jak możnaby to zmienić, ale chyba dopiero moje dzieci albo wnuki będą mogły doczekać się rezultatów.

Jeśli jednak komuś zależy na tych fajnych słowach to pomoże tutaj Wojciech Młynarski – Róbmy swoje! 🙂

Jeśli powiesz mi, że coś zrobisz, to zrób to. Jeśli wiesz już, że nie dasz rady to miej odwagę to powiedzieć. Zawsze istnieją te dwie ścieżki i każda z nich jest dobra. Gorzej jeśli ktoś wybiera tę pt. „nie zrobię i nie dam o tym znać”. Dla mnie staje się wtedy kolejnym z tysięcy bajkopisarzy, których opowieści istnieją jedynie poza rzeczywistością.

Jedną z najtrudniejszych rzeczy jeśli chodzi o dyscyplinę, jest pracować w momencie gdy obok Ciebie inni się bawią. Pamiętam głównie takie czasy z akademika. W tym wszystkim najlepsze jest jednak to, iż wygrana z pokusą zwiększa siłę wnętrza. To z kolei wzmacnia odporność na świat zewnętrzny, a więc pozwala być sobą :).

Większość z nas słyszała już pewnie słynną piosenkę, nasz skoczny hymn na Euro 2012. Ponad połowa narodu mówi że to żenada, dno, ale obciach. Inni bronią, że to folk, powrót do korzeni i nie ma się czego wstydzić. A co ja o tym myślę? Piosenka bardzo fajna. Dynamiczna, łatwo wpadająca w ucho, łatwa do powtórzenia. Zbudowana na kilku prostych akordach, które dla większości populacji są łatwe w odbiorze oraz na prostym rytmie, w którym od razu wiadomo kiedy jest „raz”. „Koko”, które przez najbliższe parę lat kojarzone będzie ze spoko. Więc w czym problem, skąd tyle hejtu? W dzisiejszych czasach niestety ważna jest cała otoczka tego, co się tworzy.
Popatrzmy na teledysk Waka Waka. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 2010 roku odbyły się w Afryce, ale czy piosenkę śpiewa ktoś z Afryki? No nie bardzo, mimo iż jej styl jest bardzo rdzenny, mimo iż na filmie pojawiają się twarze obywateli tego kontynentu. A kto śpiewa? No oczywiście śliczniutka Shakira, która już samą swoją osobą podnosi ranking piosenki. Kto występuje za Shakirą w teledysku? No też śliczne afrykańskie dziewczyny. I do tego prosty, zgrabny układ taneczny. A jaka jest technicznie sama piosenka? Afrykański rytm oraz cztery najpopularniejsze akordy świata, na których buduje się przeboje. Wszystko świetnie przemyślane marketingowo, bo teraz o to chodzi. O sprzedaż. Sprzedaż pod tytyłem: jak sprawić żeby piosenka spodobała się jak największej liczbie ludzi (którzy najlepiej jeszcze za nią zapłacą).
Wracając do Koko, co zrobić żeby było bardziej spoko? Wystarczyłoby postawić tam młode, piękne Polki. Nie musiałyby nawet umieć śpiewać. Najsilniejsze emocje wywoływane u mężczyzn sprawiłyby, iż słupki się podniosą. Dosłownie i w przenośni. Co na to kobieca część publiki? Nie mam pojęcia, ale jak do tej pory Rihanna i Lady Gaga mają jednak dużo tych odwiedzin na youtube.com. Idąc dalej można zrobić z tej piosenki wersję jeszcze bardziej dance, z nieco bogatszą sentymentalnie harmonią, dodać przeplatający się z polskim angielski tekst. I voila, przebój jakich mało!
Myślę że fajnie czasami jest sobie uświadomić, czego tak naprawdę nie lubimy i docenić to, że ludzie nie boją się tworzyć i pokazywać to kim naprawdę są. Nawet jeśli się to nie sprzeda.
Jedno mnie tylko w tym wszystkim zastanawia: skoro zdecydowana większość mówi nie, to kto na tę piosenkę głosował? 🙂